Praid->Lupeni->Bisericani->Christuru Secuiesc->Sigishoara. Zwiedzamy cytadelę. Pełno turystów, Dracul, kramików, pamiątek, śmieci i samochodów. Do tego wszystko rozkopane. Gotycki kościół od zewnątrz wytynkowany i pomalowany. Pijemy Ciuca. Potem spotykamy niemiecko-czeską parę. Spoko ludzie. Zaraz zajeżdza para z Kanady. Równie spoko jak tamci. Smiechy i hihy. Ten Kanadyjczyk, jak się dowiedziałem jedzie na rowerze do Egiptu, podczas gdy jego kobitka towarzyszy mu po Rumunii. Mocarze.
Senti zaczyna gadać po niemiecku... i zamiast 2 browarów w kuflach zamawia 1 w kuflu i 2 w butelce. Do tego jemy po 4 kiełbaski mici. Przeeeepychota! Nocleg na wzgórzu koło Hetiur.
Sentiescu osłabiony. Cały dzień marudzi. Od Bicaz do wąwozu wioski są jakby umarłe. Puste, pozamykane sklepy.
Za to wąwóz imponujący, ale nie wiem czy warty zwiedzania. Tabuny turystów. Co chwilę stawaliśmy w korkach.
Lacu Rosu - jedna wielka komercja. Jezioro powstało po osuwisku ziemi w 1837 roku. Teraz jest tam kramik na kramiku. Dorośli ludzie męczący raki czy sikający do jeziora. Żenada.
Spotykamy dwóch bikerów z Rumunii. Jeden z nich coś tam duka po angielsku. To już chyba czwarta osoba w tym kraju. Chwalą się, że mieszkają 200km stąd. Ja się chwalę że przejechałem prawie 1700km i miny im rzędną. Długo nie pogadaliśmy bo odstawiłem ich na podjeździe jak młodych. W dodatku z 25kg przyczepka. :D Podjazd ciągnie się na przełęcz Pangarati (1256m). Na serpentynach całkiem daję radę, przełożenie 2:5, średnia to ok 15kmh. Sentiescu dziś za bardzo nie może ale i tak walczy. Na szczyt wjeżdża po 13min. Potem zjazd. Coś pięknego. Słońce, ostre zakręty i te denerwujące, trąbiące dacie. Przejeżdżamy przez Gheorgheni i kilka wiosek, a pogoda się psuje. Deszcz i burza łapie nas na 7km podjeździe. Ale jedzie się i tak pięknie. Nic nie słychać tylko szum opon. Senti dobrze przesmarował łańcuchy to i siwy pogina twardo w chmury. Asfalcik też gładki. Cudo. Potem zjazd. Deszcz znowu zaczyna padać. 15-17km w dół. Jesteśmy cali mokrzy, w dodatku wyziębieni od wiatru. Nie czujemy już stóp, ale szybko znajdujemy polankę 3km od Praid. Cyk, cyk namiocik, ciepłe ciuchy. Na kolację makaron z cebulką, papryczkami i sosem Bernaise. Pychota. Do tego salami i czekoladka.
Droga nudna. Trasa na Targu Neamt->Piatra Neamt->Pangarati->Tarcau->Bicaz. Nocleg na polanie tuż za granicami miasta. Standard: Pasztet + Ciuc. Senti się zatruł. W nocy spawa. :)
W nocy obudziły nas dzwonki krów. Rano drwale cięli las w pobliżu namiotu. Wsiedliśmy na rowerki i od razu zjazd serpentynami do Sucevity. Tam zwiedzamy malowany klasztor wpisany na listę UNESCO.
Potem szukamy Pleszy - polskiej wioski. Wjeżdzamy gdzieś w las pod górę po głazach i w błocie, tak jak wskazuje mapa w przewodniku. Błądzimy i po 10km zawracamy. Jedziemy szosą przez Clit do Solcy. Zapominamy skręcić do Nowego Sołońca i robimy to dopiero w następnej wsi. Nareszcie można rozmawiać po polsku. Dialog ze sklepu: -Dzień dobry, jest arbuz? -Dzień dobry, nie ma. Siądźcie sobie chłopcy pod jabłonią a napijcie się zimnego piwka -:D
To siadamy i samkujemy Ciukasa. Dobre. Pijemy to piwko z miejscowymi i dowiadujemy się, że Plesza jest nie gdzieś tam, hen, gdzie byliśmy ale 2km od Nowego Sołońca. Targamy się pod górę bo nas lekko w słońcu to piwko ścięło. Plesza to wieś położona przy jednej drodze. Trochę tam stromo i kamienisto. Czyli na rower całkiem zajebiście. Odwiedzamy panią od słynnych beczek i korzystamy ze studni z wodą. Potem asfaltem do Gura Humurului i Voronetu. Tam oglądamy klasztor i z powrotem do Gury. Szukamy noclegu bo już późno i kierujemy się na Faceltani, ale jedziemy jeszcze dalej bo co chwila jakaś wieś. Nocka na polu kukurydzy. Na kolację to co wczoraj: puree z Ciuperceni, groszkiem i kukurydzą. Do tego standardowo - Ciuc - mój nowy przyjaciel. :D
Z rańca zaskoczyło nas śniadanie. Chleb z pasztetem i dżemem malinowym. Do tego herbatka z cukrem. Potem droga sama w sobie nudna.
Jedziemy przez Vama do Vatra Moldovitei. Tam zwiedzamy malowany monaster.
Potem kierujemy się na Sucevitę, ale oczywiście pomyliliśmy drogę i robimy 30km dodatkowo.
Wracamy przez Moldovitę do Vatry. Potem serpentyny na przełęcz. Widoki rewelacyjne. Postanawiamy tu zostać. Znaleźliśmy 5 prawdziwków. Będą do puree. Zapach powalający. Smak również.
Cisza. Słychać tylko dzwonki krów. Pijemy po litrze Ciuca. To chyba najlepszy browar w Rumunii. Śpimy na polanie pełnej dziewięćsiłów.
Lizevile->Josenii Bargaului->Prundu Bargaului. Zaczyna się miły podjazd. Kilka fotek koło Moresenii Bargaului
->Poiana Stampei. Idealnie gładki asfalt i jakiś rekordzik prędkości znowu trachnąłem. Boczny wiatr i starte klocki nie pozwoliły mi więcej dokręcić. I tak przypadkowo zatrzymałem się przed samochodem, a nie na nim. Dorna Candrenitor->Vatra Dornei. Całkiem ładne miasteczko, ale uciekamy do Argestru, gdzie jemy Ciorbę i smażony ser w panierce. Do tego piwko Skol (nie polecam) -> Iacobeni ->Mestecanis. Jakiś człowiek drze się do nas na drodze. Okazuje się, że chce nas przenocować nawet gratis. Wzbraniamy się bo chcemy jechać dalej. Ale daliśmy za wygraną. Na kolację zrobił nam Ciorbę i Mamałygę z Ciuperceni (grzybami).
Z samego rana zjazd do Lunca Ilvei. Następnie chcemy przejechać przez Przełęcz Granidita. Oczywiście, najpierw pojechaliśmy drogą główną, której na mapie nie było. Nadrobiliśmy dobre kilkanaście km pod górę i dotarliśmy do stacji Larion. Nic tam nie było oprócz zrujnowanych budynków, silosów, zdziczałych psów i zdziwionego człowieka. No to powrót do Lunca, żeby popytać o trasę. Okazało się że jest ona cała pokryta błotem i koleinami. Ale jedziemy. Tfu idziemy. Stromo tak, że odpoczywamy co 5 metrów.
Po półtorej godzinie czaimy, że to jednak nie tu. Wracamy i widzimy jakąś alternatywną ścieżkę. Rezygnujemy jednak, bo morale spadło do minimum. Rowery zabłocone, cali brudni i znudzeni. Minęło 3,5 godziny i 32km na liczniku. Wracamy do Lunca Ilvei, myjemy rowery i drogą przez Ilva Mare->Magura Ilvei->Poiana Ilvei->Ilva Mica. Łapie nas ulewa. Jesteśmy maksymalnie wkurzeni.. Feldru->Nepos->Nasaud->Cepari->Dumitra. Potem mamy kryzys. Łańcuchy skrzypią jak świerszcze, i na podjeździe brakuje nam wody. Szczęśliwie nagle 7 km zjazdu serpentynami do Bistritia. Tam zakupy. Woda, pasztet, chleb i Ciuc (piwko). Dajemy do Livezile i gdzieś dalej. Nocka na pastwisku. Jesteśmy jakieś 130km i 1 dzień do tyłu z planem.
Z rana postanowiłem szukać okularów. Były w schronisku. Zapomniałem o nich przy zawieraniu transakcji "browary za leje". Potem zjazd połoninami do Pasul Prislop. Gra kolorów niesamowita.
Nieco dalej spotykamy Davida z Kanady. Miły kolo. Pocisnęliśmy do Sesuri i potem w terenie 6km podjazdu do Pasul Rotunda. Następnie zjazd 14km do Valea Mare->Sant->i podjazd po kamieniach i w błocie w stronę Lunca Ilvei. Nocleg w zagrodzie u sympatycznego pana.
W nocy pioruny waliły tak często, że Senti się obudził i zaczął pytać co to. na 10 sekund było 12-15 grzmotów. Jak na jakiejś wojnie. Spaliśmy jak się rano okazało na jakimś stoku i wszystko, łącznie z nami zjechało na jeden koniec namiotu.
Z rańca musieliśmy zjechać jakieś 1,5km w dół serpentynami żeby zostawić psa. Senti męczył się z nim dobre 15 minut. Kamienie nie pomagały. W końcu trzeba było wrzucić na twardsze przełożenie i mu spitolić. Podjazd skończył się na przełęczy Prislop (1416m n.p.m.). Dygaliśmy 6 km tylko po to żeby zobaczyć ten słynny festiwal ludowy jaki akurat odbywa się w tym jedynym dniu w roku. Efekt: 20 samochodów turystów, cygańska rodzina sprzedająca jagody, dzieciaki mówiące po angielsku, ale tylko "Giz mi sam many" oraz 3 baby tańczące na cokole jakiegoś postkomunistycznego pomnika w rytm muzyki diskoakordeonowej.
W tej sytuacji postanowiliśmy pojechać w góry szlakami turystycznymi, na północ, do granicy z Ukrainą. I to była najlepsza decyzja całej wyprawy. Widoki powalające. Połoniny ciągnące się po horyzont. Chmury poniżej nas. Łał!
Spotykamy grupę Niemców pro-turystów. Ciśnieniomierz wskazuje 1699m n.p.m. i jedziemy ciągle pod górę. Zaczyna grzmieć. Rozbijamy się nieopodal schroniska. Nie minęło pół godziny a pogoda znowu się zmienia. I tak w kółko.
Mykamy do schroniska umyć się i po 4 browarki Neumarkt w plastikowych butelkach. III liga, ale 2 wypiliśmy i przelewamy do nich ciepłe mleczko, które dobrą strategią wytargałem od szefa. W zamian muszę mu wysłać jego zdjęcie :D. Zimno i do tego posiałem moje ulubione pomarańczowe laserowe bryle.
Trochę za Borsą->Pasul Prislop->schronisko.
PS. Odczepiam przyczepkę i jadę do schroniska. Dżizys! Jakbym wsiadł do Ferrari. Następnym razem wezmę tylko jedne galoty na zmianę i jadę bez bagażu.
Ja pierdolescu! Co za kraj! Dzień zaczynamy od świeżo zlepionego przez owczarza białego sera typu "Oridżinal".
Następnie kilka kilometrów zjazdu serpentynami. Widoki cudne.
Zwłaszcza dla bikerów
Dojeżdzamy do Budesti i Sarbi. Robimy fotki cerkwi i bram maramorskich.
Jedziemy do Barsany. Tu kolejna zabytkowa cerkiew. Wszystkie chyba wpisane są na listę UNESCO. Następnie Stramtura->Rozvalea->Sieu->Ieud. Tu znowu cerkiew tym razem XIV-wieczna (!). Fotka malowideł.
Bogdan Voda (cerkiew z XVIIIw.)->Salistea de Sus->Sacel. Znowu zjazd serpentynami. Widoki i piękne. Moisei->Borsa. Znowu dramat. Chyba najbrzydsze miasto na jakie do tej pory trafilismy. Droga z płyt. Sami Włosi, ale są też i Polacy. Czym prędzej chcemy stąd uciekać, ale miasto się ciągnie przez kilka kilometrów. Robi się ciemno, jesteśmy zmęczeni. Miejsca na nocleg nie widać. Zaczyna padać deszcz. Burza. Wokół widać tylko skały. Gdy już znajdujemy polanę, to okazuje się że od kilku kilometrów biegł za nami pies. Szczeniaczek. Ja nie mogę. Co za dzień. Pies nocuje z nami, bo przeciez nie zrzucimy go ze zbocza, chociaz taka mysl przechodzi mi przez głowę. Senti otwiera piwko. I pasztet. Tradycyjnie.
Ostatnio zrobiłem się jeszcze bardziej leniwy i jakoś brak mi motywacji do jeżdżenia. Ale jak już gdzieś pojadę, to bardziej turystycznie. Lubię eksplorować nowe miejsca i uwieczniać je na fotografiach. Czasami się ścigam, ale bez żadnych sukcesów, ot tak dla rozrywki i zaspokojenia głodu rywalizacji. Mój fetysz to podjazdy, gubienie się w lasach, lądowanie w bagnach :)