Oder-Niesse część 1
Czwartek, 15 sierpnia 2013
· Komentarze(1)
Kategoria Meridka moja, _Giga
W tym roku weekendowy wypad zaproponował Afro. Cel - szlak Odra-Nysa, no może nie cały, ale cztery dni w siodle powinny być zaliczone. Po drodze zaplanowano dużo zwiedzania. Team też obfity - Afro, Grześ, Senti, Klikus i ja.
Dość długo ustalaliśmy plan dojazdu do Jeleniej Góry, ale na szczęście opcja PiKaP odpadła i jedziemy PKSem. Względny komfort, na mecie mamy czekać tylko 3h na Grzesia, który jedzie z Poznania. W trasie okazało się, że Grześ wysiada w Wałbrzychu i o 00:30 ciśnie do Jeleniej.
W Jeleniej i okolicach, zwiedzanie Szklarki, Kamieńczyka, na granicy kantor (coś przecież trzeba wypić w Czechach). Widoki miłe, jedzie się równie dobrze, w końcu slicki.




W Harrahovie zatrzymaliśmy się obowiązkowo na smarzony syr + cerne. Wizyta na skoczni o mały włos nie zakończyła się narobieniem w pieluchę. Ale nie speniałem.




I tak się kulaliśmy zjazdami i podjazdami, przez wsie, miasta i lasy jakiś czas. Temperatura dawała się we znaki, na szczęście temperatura piwa też niczego sobie. Dzień męczący, jakoś aparatu nie chciało mi się wyciągać. W sumie mogłem go nie brać, bo i tak chłopaki (niby nie jeżdżą) a cisnęli ostro.
Nocleg pod skocznią w Libercu. Zimno jak psia mać.
Dość długo ustalaliśmy plan dojazdu do Jeleniej Góry, ale na szczęście opcja PiKaP odpadła i jedziemy PKSem. Względny komfort, na mecie mamy czekać tylko 3h na Grzesia, który jedzie z Poznania. W trasie okazało się, że Grześ wysiada w Wałbrzychu i o 00:30 ciśnie do Jeleniej.
W Jeleniej i okolicach, zwiedzanie Szklarki, Kamieńczyka, na granicy kantor (coś przecież trzeba wypić w Czechach). Widoki miłe, jedzie się równie dobrze, w końcu slicki.
W Harrahovie zatrzymaliśmy się obowiązkowo na smarzony syr + cerne. Wizyta na skoczni o mały włos nie zakończyła się narobieniem w pieluchę. Ale nie speniałem.
I tak się kulaliśmy zjazdami i podjazdami, przez wsie, miasta i lasy jakiś czas. Temperatura dawała się we znaki, na szczęście temperatura piwa też niczego sobie. Dzień męczący, jakoś aparatu nie chciało mi się wyciągać. W sumie mogłem go nie brać, bo i tak chłopaki (niby nie jeżdżą) a cisnęli ostro.
Nocleg pod skocznią w Libercu. Zimno jak psia mać.